Sulisław – pałac z hinduskich baśni

W „Stu latach samotności” Gabriela Garcíi Márqueza jest scena, w której żona podaje mężowi do stołu jego ulubioną zupę. To codzienny rytuał, który powtarza się od lat. Nasz bohater bierze łyżkę, smakuje danie i odsuwa talerz. „Ta zupa została zrobiona bez miłości” – rozpoznaje natychmiast.

Ten fragment książki nieodłącznie kojarzy mi się z pałacem w Sulisławiu, bo tu wszystko wydaje się być zrobione z miłością. Miejsce pod budowę, w harmonijnym otoczeniu przyrody, zostało wybrane z miłością właśnie, dopieszczony został każdy detal budynku, obecni właściciele ubrali wnętrza w ulubione meble, a kucharz gotuje i podaje swoje dzieła w taki sposób, że nikt nigdy nie odsunie talerza. W takich miejscach czas płynie zupełnie inaczej, jest pełen ciepła i absolutnego spokoju. Niezwykłą atmosferę podkreśla dyskretny szelest sari, w których płyną po korytarzach ciemnoskóre Hinduski, specjalistki od ajurwedy, systemu starożytnej medycyny indyjskiej, w której dzisiaj pałac się specjalizuje.

Feldmarszałek dostaje majątek

Podobno w życiu nie ma przypadków. Choć początki Sulisławia giną w mroku dziejów, to dziwnym trafem osada powstała w miejscu niezwykle tajemniczym. Sulisław od najdawniejszych czasów należał do Ziemi Grodkowskiej. Zaledwie dwadzieścia kilometrów stąd, w Oleśnicy Małej, swoją pierwszą i największą komandorię na Śląsku mieli templariusze. Oleśniccy rycerze w habitach  przybyli tu z innej komandorii, w Bamberdze. W ich siedzibie w Oleśnicy Małej znajdował się zarząd prowincji. Mieli pod sobą około dziesięciu wiosek, a w najlepszych czasach w oleśnickiej komandorii mieszkało kilkunastu braci. Mimo tak skromnej obsady, z Zakonem bardzo liczyli się śląscy władcy. Braci odwiedzał Henryk III Biały, syn Henryka II Pobożnego, biskup wrocławski Henryk z Wierzbna, przebywał tu też przez jakiś czas Wielki Mistrz Prowincji Niemieckiej i komtur templariuszy w Niemczech, Czechach, Polsce i Morawach. Cenili polowania w lasach w okolicy Sulisławia, gdzie już wtedy istniała osada rycerska.

Według tradycji już w średniowieczu w Sulisławiu założono majątek, którego właścicielami była rodzina Zedlitzów. Po nich tutejsze dobra często zmieniały panów, wśród których byli m. in. Buchtowie z Pruszyny. Z dokumentów wynika, że już w 1688 r. stał tu dwór z folwarkiem, młyn, a we wsi mieszkało dwudziestu chłopów, osiemnastu zagrodników oraz szesnastu chałupników. Pod koniec XVIII wieku Sulisław stał się częścią majątku biskupiego w górnych Gałązczycach. Po sekularyzacji dóbr klasztornych w 1810 roku właścicielem majątku został król Prus Fryderyk Wilhelm III z dynastii Hohenzollernów.

W 1812 roku Prusy wystąpiły przeciwko Rosji, a na czele wojsk pruskich stanął generał Yorck. Prowadząc sprytną politykę zmienił front – sprzymierzył się z Rosjanami i wystąpił przeciw Napoleonowi. Wojska pruskie pod dowództwem Yorcka znacznie przyczyniły się do pokonania Napoleona. Za swoje zasługi Yorck, wtedy już feldmarszałek, otrzymał w 1814 roku od króla Prus pałac Sulisław. Na terenie parku do dziś pozostaje kamienny postument z wyrytym imieniem króla Prus. Feldmarszałek stał się założycielem niemieckiego rodu Yorck von Wartenburg, a jeden z jego potomków stał się znany jako współtwórca antyhitlerowskiej organizacji Krąg z Krzyżowej. Nie była to więc rodzina banalna. Warto również wspomnieć, że na cześć feldmarszałka Ludwig von Beethoven skomponował, grany do dzisiaj w czasie uroczystości wojskowych, Yorckscher Marsch.

Z pewnością okoliczne lasy i łąki sprzyjały przejażdżkom konnym, pewnie więc feldmarszałek chętnie korzystał z takich przyjemności. Ale majątek należał do niego krótko. W 1820 roku sprzedał Sulisław Hoffmanom. Kolejnym właścicielem wsi został Hugo Grosser, starosta powiatu. Mimo że nie miał arystokratycznego tytułu, musiał mieć  spore zaplecze finansowe i duże ambicje.

Hrabia z rodziny Kopciuszka

Żeby prześledzić dalsze losy Sulisławia, musimy zatrzymać się na chwilę w pobliskich Kopicach i opowiedzieć pewną niezwykłą historię. Brzmi jak bajka, ale z niej właśnie narodził się kolejny właściciel sulisławskiego zamku.

W 1848 roku we wrocławskim hotelu „Pod Złotą Gęsią” umierał Karol Godula, bogaty samotnik, trochę dziwak, właściciel dziewiętnastu kopalń galmanu, czterdziestu kopalń węgla kamiennego, trzech hut cynku oraz pięciu majątków ziemskich. Przemysłowiec nie miał przyjaciół. Zazdroszczono mu fortuny, cesarz krzywym okiem patrzył na jego niskie pochodzenie, robotnicy bali się go, ponieważ walczył z pijaństwem. W młodości pracując jako leśnik hrabiego Ballestrema, został bestialsko okaleczony przez kłusowników. Od tego czasu miał sztywną nogę, a może i rękę, szramę na twarzy, nigdy się nie ożenił. Prawdopodobnie po napadzie nie mógł mieć dzieci. Wyglądał tak, że wszyscy się go bali. Oprócz jednej małej Joasi Grycik, która, mimo że zupełnie obca dla Goduli, miała w przyszłości odziedziczyć jego fortunę.

Joanna urodziła się w 1842 roku w Porębie koło Rudy. Jej ojciec był komornikiem i prawdopodobnie pracował w zakładach Goduli. Szybko umarł, a wdowa przestała się interesować trzyletnią Joasią i jej sześciomiesięczną siostrą Karoliną. W 1847 roku sąd opiekuńczy wyznaczył dziewczynkom opiekuna, a one same zamieszkały w domu Goduli, gdzie zajęła się nimi służąca przemysłowca – Emilia Lukas. Przemysłowiec musiał bardzo lubić Joasię, bo zatrudnił specjalnie dla niej nauczyciela. Kiedy Godula zapadł na ciężką chorobę nerek, zabrał dziewczynkę ze sobą na leczenie do Wrocławia. Tam zmarł, na dzień przed śmiercią sporządziwszy testament, który wszystkich zaskoczył. Godula zapisał 50 tys. talarów górnikom ze swoich kopalni, krewnym przekazał zaledwie 200 tys. talarów, zaś całą ogromną fortunę otrzymała córka ubogiej służącej. Trudno dziś ustalić, co kierowało umierającym, ale – przypadkiem jakby – wybrał znakomitą dziedziczkę. Sześcioletnia wówczas milionerka wyrosła na rozsądną pannę i poślubiła hrabiego Hansa Ulricha von Schaffgotscha. Zubożały hrabia szukał akurat majętnej panny na wydaniu. Miał 25 lat, był porucznikiem regimentu huzarów, odznaczono go już krzyżem maltańskim i był do tego przedstawicielem jednego z najwspanialszych rodów w Europie. To ostatnie stanowiło niestety pewien problem, Joanna pochodziła przecież z nizin społecznych i nie mogła wyjść za mąż za magnata. Na szczęście, dzięki protekcji, król pruski nadał bogatej pannie stosowne tytuły. I tak Joasia Grycik stała się hrabiną Joanną Grycik von Schomberg-Godulla. Mezaliansu już nie było. Państwo młodzi zamieszkali w Kopicach. Była to w tym czasie jedna z najpiękniejszych rezydencji na Śląsku, chętnie odwiedzana przez arystokrację. Joanna mocno była związana z Kopicami, tutaj czuła się najlepiej, mimo że wraz z mężem wiele podróżowali. Milionerka oddawała się dobroczynności. Oprócz tego nabywała nowe majątki i zakłady przemysłowe. I tak dochodzimy do Sulisławia. W 1888 roku w imieniu pierwszego syna, 29-letniego Hansa Karla Grafa von Schaffgotsch hrabina kupiła tutejsze dobra. Miały wtedy 510 hektarów powierzchni.

Hans Karl zamieszkał w Sulisławiu, był jego właścicielem przez 20 lat i tutaj, z małżeństwa z Paulą von Furstenberg, przyszło na świat dwoje jego dzieci: Hans Ulrich (ur. 9.12.1889) i Hedwig Maria (ur. 22/23.6.1891). W roku 1909 Sulisław przeszedł w ręce majętnych sąsiadów z pobliskiego Jędrzejowa – rodziny von Francken-Sierstorpff, a precyzyjniej – najpierw posiadłość wydzierżawił, by za jakiś czas zakupić – Johannes Graf von Francken-Sierstorpff.

Co ciekawe, do tej rodziny należały Kopice, zanim zamieszkała w nich matka Hansa.

Pałacowe skarby

Ród Francken-Sierstorpff miał sporo majątków. Nowy właściciel Sulisławia, Johannes Graf von Franken-Sierstorpff, pochodził z jędrzejowskiej gałęzi rodu.

W Sulisławiu musieli bywać znakomici goście, skoro w 2013 roku udało się odnaleźć w podziemiach pałacu srebrną zastawę z herbem Francken-Sierstorpffów. Sztućce są imponujące, a herby wygrawerowane nadzwyczaj starannie. Rodzina Francken-Sierstorpffów posiadała Sulisław do końca II wojny światowej. Właściciele raz do roku w Wigilię zapraszali do pałacu służbę, gdzie razem świętowali i śpiewali kolędy. Córka pałacowego stangreta, Franza Stenzela, do dziś nosi śliczne kolczyki z rubinami, które dostała przed wojną od właścicieli na pamiątkę swojej pierwszej komunii.

II wojna światowa dotarła w te okolice dość późno. 5 lutego 1945 roku rozpoczęły się ciężkie walki o pobliski Grodków. Wojska radzieckie opanowały miasteczko 8 lutego, a żołnierze wkroczyli również do Sulisławia. Prawdopodobnie zniszczyli wnętrza, grillowali również w pięknym kominku z 1820 roku. Zaczął się powolny upadek pałacu. Po wojnie przez dwa lata w pałacu zimowali pracownicy cyrku „Arena”. Wtedy okolica zamieniała się w wielkie, oryginalne zoo. Pod rezydencją mieszkał nawet słoń. Same komnaty czekały na lepsze czasy. Przez pewien okres mieściła się tu m. in. komenda Organizacji Służba Polsce, w 1978 roku budowlę przejęło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a następnie  Komenda Wojewódzka Milicji w Opolu. Milicjanci zorganizowali tu wtedy sanatorium. Od 2000 do 2006 roku pałac stał zupełnie pusty. Ale że jest budowlą wyjątkową, musiał w końcu zaznać trochę szczęścia. I tak, jak gdyby przez przypadek (no proszę, znowu!), Sulisław wypatrzył Jerzy Bar, prezes Towarzystwa Inwestycyjnego BTA, które inwestuje w biurowce nowej generacji w Warszawie. Dobra atmosfera tego miejsca zaważyła i w 2006 roku kupił tutejszy majątek wraz z folwarkiem.

Niech moc będzie z Tobą!

Pod nadzorem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków nowy właściciel przeprowadził gruntowną rewitalizację pałacu, zachowując i częściowo przywracając autentyczny wygląd jego elewacji. Wnętrza obiektu odrestaurowane zostały według projektu Jerzego Bara. Jest on prawdziwym wizjonerem, zawsze pełnym pomysłów, które dla większości wydają się być niemożliwe do zrealizowania. Jemu jednak, dzięki determinacji, wytrwałości i pracowitości, udaje się je wdrażać. Zostało to docenione i w 2014 r. uhonorowano go, między innymi za zaangażowanie w rekonstrukcję zabytków, prestiżową nagrodą Heros Polskiej Gospodarki.

Dziś pałac Sulisław wyposażony jest w oryginalne meble z epoki. To idealne miejsce do odpoczynku i wyciszenia. Zielone, bardzo harmonijne i wypełnione pięknymi przedmiotami  z duszą i własną historią. W jednym z pomieszczeń wisi żyrandol, który przyjechał prosto z apartamentu Sophii Loren, włoskiej ikony stylu. Komnatę na parterze pokocha każdy miłośnik rock and rolla. Pyszni się  tu rozkładany stół, który niegdyś stał w szkockim zamku Micka Jaggera, lidera legendarnych Rolling Stonesów. Mick odkupił ten stół z posiadłości Elżbiety II, angielskiej królowej. No cóż, szlachectwo zobowiązuje.  Fachowe oko rozpozna również w szkicu w hallu wprawną rękę mistrza Jana Matejki. Grafika wisi nad trzystuletnim polifonem, wykonanym dla króla Szwecji. Polifon ciągle gra i dyskretnie umila czas gościom zamku. Niewątpliwą ozdobą tego miejsca jest bogata kolekcja porcelany z pobliskich Tułowic z II połowy XIX w. oraz nie mniej piękne zbiory szkła kryształowego z nieistniejącej już huty Józefina z Dolnego Śląska. Ciekawostką jest, że właścicielami tej huty była rodzina Schaffgotschów.

Piękne przedmioty tworzą ciepłą atmosferę, choć może to dobry klimat przyciąga rzeczy szlachetne? Choć projektant pałacu w Sulisławiu pewnie nie słyszał o feng-shui, starodawnej chińskiej sztuce aranżacji przestrzeni, to stworzył neogotycką budowlę o skomplikowanym planie i sprawił, że każdy czuje się tu dobrze. Pałac okazał się więc znakomitym miejscem do stworzenia Centrum Medycyny Ajurwedyjskiej i Jogi w Polsce. Centrum zainaugurowało swoją działalność w czerwcu 2012 roku. Jego guru został Pan Chandra Mohan Bhandari, propagator jogi i ajurwedy o światowej renomie. Patron ośrodka jest autorem kilku książek poświęconych jodze, a jedna z nich, przetłumaczona na język polski, zajmuje się  równowagą ducha, ciała i umysłu. Z wykształcenia fizyk, Pan Ch. M. Bhandari był wieloletnim ambasadorem Indii w kilku krajach, ostatnie cztery lata swojej kariery dyplomatycznej spędził w Polsce, wie więc, jak połączyć nasze oczekiwania z dalekowschodnim doświadczeniem.

Ajurweda liczy sobie ponad pięć tysięcy lat i jest najstarszym na świecie systemem medycyny. Słowo „ajurweda” pochodzi z sanskrytu i oznacza wiedzę o życiu, a sam system opiera się na utrzymaniu równowagi pomiędzy ciałem, duszą i umysłem. Zachwianie równowagi pomiędzy tymi trzema biologicznymi energiami, które w ajurwedzie nazywane są „doszami”: Pittą, Kaphą i Vattą, prowadzi do powstawania wszelkich chorób. Harmonię  można jednak uzyskać poprzez dietę oczyszczającą połączoną z cyklem zabiegów. Dzisiaj więc po błyszczących szachownicach podłóg, niczym dobre duchy, płyną lekarze i masażyści z Indii i Sri Lanki, a z kuchni unoszą się orientalne zapachy. Znany jasnowidz, który często bywa w zamku, twierdzi, że jest tu wyjątkowe skupienie dobrej energii. Więcej nawet, mówi o czakramie. Jasnowidz widzi również inne rzeczy, wskazał m. in. podziemne tunele, które biegną z zamku w cztery strony świata. Ale Jerzy i Beata Bar – obecni właściciele wiedzą, że prawdziwa przyjemność to gonienie króliczka, dlatego szukanie skarbów, które niewątpliwie jeszcze w zamku są, zostawiają  sobie na później. W tej chwili dbają o inne skarby. Planują wzniesienie wielowyznaniowej kaplicy, udostępnienie źródeł artezyjskich i otwarcie szkoły ayurwedy. I wydaje się, że wszystko tu robią  z miłością. Bo podane z miłością, co wiemy już od Marqueza, smakuje zupełnie inaczej.

Joanna Lamparska